Moje rowerowe wakacje Cz.3

Pokazałem Wam mój namiot, rano szybciutko się złożyłem i ruszyłem w dalszą drogę. Temperatura spadła to była dobra wiadomość. Minąłem ładny kościół w Jasieniu, i przemknąłem szybko przez Ustrzyki Dolne. Tutaj natrafiłem na zapory przeciwczołgowe (zęby smoka) z 2 wojny światowej. Z drzew zaczęły spadać już pierwsze liście. To pierwsze oznaki jesieni. Dzisiaj się jechało o wiele lepiej, choć dupa i łydki twarde xD Trasa prowadziła pod granicę. Góry Sanocko-Turczańskie są bardzo urokliwe. Górki już były coraz mniej strome, to mnie cieszyło. Cerkwie się jeszcze nie skończyły. Cerkiew w Liskowatem jest jedną z zaledwie trzech ocalałych cerkwi typu bojkowskiego w Polsce.  
 Pamiętacie jeszcze mój pierwszy dzień i upadek w lesie? W 4 dniu ślady były jeszcze widoczne, do tego szrama na ręce xD
   
 Myślałem, że na drodze ciągnącej się przy granicy, ruch będzie mały, a mnie kurde mijały co chwila niezłe bryki. Szybko się zorientowałem, że jadę do hotelu w Arłamowie. Podjazd pod Arłamów był ciężki, miejscami bardzo stromo, musiałem znów zejść z rowera. Na szczęście wiatr szybko chłodził ciało. Do hotelu trzeba było kawałek zjechać żeby go zobaczyć. W sumie to żadna atrakcja, po prostu człowiek o nim kilka razy słyszał, a nie zdawał sobie sprawę, gdzie on naprawdę leży. Trenowała tutaj Anita Włodarczyk, obejrzałem sobie stadion do rzutów. W tym miejscu opuściłem powiat Bieszczadzki i od jakiegoś czasu byłem już na Pogórzu Przemyskim. Zaczął się długi zjazd, na którym mocno zachciałem słońca, bo tak zmarzłem. Dojechałem na obiad do wsi Huwniki. Menu to kiełbasa wiejska i gotowe bułki do hamburgerów. Na deser pawełki o różnych smakach. W posiłku towarzyszył mi psiak Plan przewidział teraz Kalwarie Pacławską. Nigdy o tym miejscu nie słyszałem, ale po pierwszych wpisach dowiedziałem się, że jest to Częstochowa Podkarpacia. Okazało się, że klasztor położony jest na wzgórzu, więc zacząłem się wdrapywać. Na pieszo miałbym co się tutaj wdrapywać, a z rowerem było przerąbane.  
Dobrze, że na górze czekała na mnie nagroda. Moje ulubione widoki z pogórzy. Pagórkowata łąka i rozległe widoki. Przypomniałem sobie teraz dlaczego tak bardzo mi się podobał szlak 3 Pogórzy. (mam już pewne plany na dalsze podbijanie tych rejonów) Na miejscu pełno budek z zabawkami, restauracji, wielkie parkingi pełne samochodów. Niby tak tu jest zawsze :D Szkoda, że parkingu dla rowerów brak, ale obszedłem wszystko w koło, nie zaglądając nigdzie do środka.
  Jaki tu był ostry zjazd, hamulce pełen ogień. Taka ciekawostka ;) Droga dalej prowadziła blisko granicy z Ukrainą, życie toczy się tutaj normalnie. Mi się jechało bardzo przyjemnie, zrobiło się w miarę płasko. Szukałem jakichkolwiek atrakcji. Ruiny Zamku w Fredropolu Żniwa w pełni. Ludzie się zatrzymywali samochodami i oglądali jak kombajn przegania bociany :D  
 Najgorsze było to, że mi złapało sieć ukraińską i mnie odcięło od świata. Dopiero gdy już byłem blisko Przemyśla to zacząłem szukać noclegu. Wjechałem do Przemyśla, początkowo ciekawą drogą mnie tu prowadziło. Mocno się rozbudowują granice miasta. Nocleg na bogato w jednoosobowym pokoju w akademiku za 100zł. Dobrze było się w końcu wykąpać :D Mogłem zostawić sobie rower, obejść na spokojnie miasto i zjeść w środku restauracji :D Nawet jakiś mini koncert na rynku się odbywał, ale szybko się stamtąd zwinąłem. Trzeba było korzystać z miękkiego łóżka. Tak wyglądała moja trasa tego dnia: To był taki dzień przejściowy między górami a nizinami na które się kieruje. No to lecimy dalej, rano spakowałem się w pociąg i ruszyłem w dalszą podróż. Najpierw przesiadka w Dębicy, gdzie zjadłem najlepszą bułkę z pieczarkami w Polsce. https://maps.app.goo.gl/JEKHPP6xazmnmQvc9
 Wziąłem jedną i wróciłem się po drugą. Pogadałem sobie z właścicielką, bardzo miła pani i ogarniała branżę. Znała tak samo jak ja tą bułkę z Bielska-Białej. (która się popsuła) Dotarłem do Zwierzyńca - Serca Roztoczańskiego Parku Narodowego. Stąd rozpocząłem swoją trasę. Nawet sporo ludzi było jak na Poniedziałek. Miasteczko ładne, takie w swoim stylu.
W centrum Staw Kościelny Trochę na południe Stawy Echo mieszczące się już w Parku Narodowym. Raczej nic ciekawego mi się nie udało wypatrzeć, za duże tłumy tu wokół chodziły. Symbolem Roztoczańskiego Parku Narodowego są Koniki Polskie. "Koniki polskie pojawiły się w Roztoczańskim Parku Narodowym 16 lipca 1982 roku. Wtedy to powstała hodowla rezerwatowa koników polskich, która przyjęła nazwę „Ostoja”. Do ogrodzonej enklawy lasu przy stawach „Echo” o pow. ok. 40 ha wpuszczona 4 klacze o imionach Husaria, Moda, Tuba i Hanula oraz ogiera o imieniu Mohacz, jako partnera. W wyniku trzykrotnego powiększania „Ostoja” liczy ok. 180 ha, gdzie koniki mają do dyspozycji: las, łąki, dolinę rzeki Świerszcz oraz trawiaste groble stawów „Echo”." Tutaj całkiem z bliska można było je poobserwować.  
 Ogólnie ścieżki Parku to same piachy, jakie tu ja miałem ciężkie przeprawy. Czasem się jeszcze trafił jakiś podmokły teren.
   
 Podjechałem jeszcze do Tartacznej Góry, gdzie znalazłem kamyczek z kodem (to ten który zostawiłem później w Beskidzie Niskim) Na zdjęciu zalew Rudka. Oczywiście jak to w Poniedziałek, wszystkie muzealne ośrodki były zamknięte. Zaraz obok była wieża widokowa na Białej Górze. Do tej pory byłem zaskoczony obfitością atrakcji, ładnie wszystko porobione. Jest ten krajobraz Roztocza, który potrafił dać w kość. Aż czasem byłem zdziwiony co tu za górki są.  
 Wjechałem kawałek na oznaczony szlak Parku Narodowego, ale szybko się wróciłem, nie było sensu prowadzić rower w tych piaskach i gałęziach. Pojechałem w kierunku Krasnobrodu, wieża widokowa i jakieś jeziorka mnie przyciągnęły. To był koniec przygody z Roztoczańskim Parkiem Narodowym. W sumie no jest ten Zwierzyniec i wszystko wokół i na tym się skończyło. Taki niedosyt miałem odjeżdżając z tego miejsca, do tego te piaskowe ścieżki, które utrudniały poruszanie. Widok na Krasnobród. Droga na północ całkiem przyjemna. Wiecie w końcu mnie nie męczyły te przewyższenia. Pogoda dopisywała. Czasowo się wszystko zgadzało. Pędziłem tak sobie do Zamościa, licząc na jakiś nocleg. Jechałem drogą 849, ale w pewnym momencie wjechałem na zielony szlak według wskazań nawigacji. Chociaż droga była gruntowa, to był strzał w 10. Złota godzina i przepiękny krajobraz wokół z widokiem na Zamość. To mój debiut w województwie Lubelskim.
  Jako, że noclegu nie udało mi się znaleźć (takiego w normalnej cenie) to pojechałem sobie zobaczyć słynny Rynek Wielki w Zamościu. Choć już było prawie ciemno to było świetnie, pooglądałem porobiłem zdjęcia, zjadłem kebaba i zacząłem myśleć gdzie tu by spać (było już ciemno) Oglądam mapę gdzie by tu najbliżej pkp rozłożyć, bo rano miałem pociąg. Patrzę jest jakieś jezioro, trochę ludzi się tam kręciło, ale tak na środku znalazłem miejsce dla siebie :D Oczywiście tam był zakaz, ale kamer nie było i to był przecież poniedziałek :D Noc przebiegła elegancko, wcześnie rano się zwinąłem, może mnie kilka osób widziało. Rano pozwoliłem sobie pozwiedzać trochę to ładne miasto. Rotunda Zamojska Brama Szczebrzeska Rynek Wielki teraz już w pełnej okazałości. Warto tu przyjechać. Jak widzicie wszędzie pustki miasto dopiero budziło się do życia. Normalny dzień pracy :D Widok z kładki widokowej Właśnie takim pociągiem niskopodłogowym jechałem za kilkanaście minut. Większość ludzi jechała do Lublina, było sporo rowerów. Dalsza moja podróż zaczyna się od Rejońca Fabrycznego, taki nietypowy początek. Miałem na to swój plan :D Ale to już w następnej części :D

Prześlij komentarz

0 Komentarze

Ad Code

Responsive Advertisement