13 Sierpnia
Popołudniu po pracy spakowałem rower w pociąg i ruszyłem do Krakowa.
Co do jazdy rowerem w komunikacji, to oceniam bardziej na plus. Przez kilka razy na wyjazd jakie miałem przyjemność podróżować pociągiem, nie miałem większych problemów z montażem roweru. Czasem było ciasno, ale zawsze z ludźmi ogarnęliśmy sobie, konduktor nigdy problemów nie robił.
Z miejscem bywało różnie, bo nie zawsze miałem je z widokiem na rowerek, a ekwipunku pilnować było trzeba :D
14 Sierpnia
Dzięki bardzo Konradowi mojemu znajomemu z Polandrocka za nocleg. Z samego rana ruszyłem pociągiem z Krakowa do Zagórza.
Tak przedstawiała się moja dzisiejsza trasa miała ona wyglądać trochę inaczej początkowo, jednak...
Wysiadłem w dobrym humorze z pociągu i ruszyłem na trasę, było gorąco i parno.
Pierwszy podjazd do Leska bardzo dobrze mi wytłumaczył jak wygląda jazda na rowerze w tych rejonach. Pierwsza większa górka, a mój załadowany rower (chociaż ja mam raczej lekki ekwipunek) ciężko wjeżdżał pod długie podjazdy. To była moja pierwsza taka wycieczka z sakwami w terenie górskim. Więc kończyło się na tym, że miejscami prowadziłem rower, a czas sobie szybko leciał. Druga sprawa to chciałem też zahaczyć o znakowane trasy turystyczne i ich atrakcje. Pierwszy zjazd z asfaltu na Kamień Leski, tutaj od razu poczułem, że łatwo nie będzie :D
Sama atrakcja nawet ciekawa, jak na teren na którym się znajdowała.
Szlak dalej prowadził lasem przez duże błoto i dziury na szczyt Czulnia. Jakby problemów było zbyt mało, zrobiłem śliska na błocie, zarąbałem nogą w kierownice i wyłożyłem się jak długi. Przeciąłem rękę, polała się krew. Skutki odczuwałem przez kilka dni xD Tak, że zdajecie sobie sprawę jaki byłem wtedy wkurzony, do tego upał nie dawał spokoju. Więc gdy wyjechałem na asfalt, to pozmieniałem swoje plany szlakowe.
Fotka z mostu na Sanie.
Wybrałem tutaj trasę przez Zaporę Myczkowce, zjazd po niej był po schodach xD Dobrze, że chociaż widoki były piękne.
15 Sierpnia
Wstałem o 08:00, wszystko mnie bolało, a trzeba było ruszać. Zjadłem śniadanie w Bacówce i ruszyłem ku historii Bieszczadów.
Trasa na dziś:
Tą samą trasą co wczoraj zacząłem wycieczkę. Kierowałem się ścieżką historyczną "Bieszczady Odnalezione" To wyjątkowe miejsce na szlaku w górach, gdzie nie liczą się widoki, tylko cała historia wokół, niestety zazwyczaj smutna. Zacząłem od nieistniejącej wsi Jaworzec.
"Nazwa wsi pochodzi od jaworu, drzewa chroniącego od złych mocy. Powstanie wsi datuje się od roku 1580. Wieś była zamieszkała głównie przez Bojków, kilku Polaków i Rusinów. Udało jej się w miarę szczęśliwie przetrwać okres wojenny, lecz w maju 1947 roku – mieszkańców nie ominęły wysiedlenia. Na Ziemie Odzyskane wywieziono wszystkich – 557 osób.
Najpierw cmentarz
Piękny wiersz, nawet teraz po tych 3 miesiącach od wyjazdu robi na mnie wrażenie. Klimat tego miejsca mnie od razu podchwycił. Już mi wszystko przeszło od wczoraj, nigdzie mi się nie spieszyło, więc chłonąłem to miejsce, czytając i oglądając wszystko co szło.
Piwnica gospodarcza bojkowskiej chaty. Na podłodze w rogu znalezione depozyt ukryty przed wysiedleniem mieszkańców.
Za takimi szlakami czekałem cały rok, całe góry dla mnie.
W 2014 r. wolontariusze Stowarzyszenia Rozwoju Wetliny i Okolic oraz Stowarzyszenia „Magurycz” postawili kopię krzyża pańszczyźnianego z 1848 r. – upamiętniającego zniesienie pańszczyzny.
Tu kiedyś sobie stała drewniana cerkiew pw. Wielkiego Męczennika Dymitra (z 1846 r).
Rekonstrukcja dawnej chaty bojkowskiej należącej do Wasyla Kaczora. Dobrze, że przy każdym typu obiekcie są te informacje wypisane.
Jak byłem w Dolomitach to czułem właśnie brak duszy, chodziłem po wspaniałych górach, robiłem ładne zdjęcia, jakieś pozostałości po 1 wojnie widziałem, ale to wszystko było takie obce. Tutaj w Bieszczadach lub Beskidzie Niskim, w którym teraz byłem wszystko miało dla mnie dusze. Słuchałem sobie dodatkowo podcastów historycznych, przeczytałem książkę, a kolejne czekają w kolejce do przeczytania. Historia akcji "Wisła" i jej ludobójstwa kulturowego to bardzo smutna, ale warta poznania rzecz.
Pozostałości Cerkwi w Zawoju. Tutaj również trochę się musiałem powspinać na wzgórze. Cerkiew została spalona kilka miesięcy po zakończeniu akcji "Wisła" przez wojsko polskie.
Ogólnie te całe sine wiry to nic ciekawego, chociaż ludziom się podobało, bo urządzali sobie nad brzegiem potoku biwaki, ukrywali się przed upałem. Ja dojechałem do głównej drogi i trafiłem na czerwony szlak. Udało mi się chociaż raz zobaczyć wypał węgla drzewnego. W jednym retorcie się paliło, w drugim było nałożone drewno, a 3 stał pusty. Było południe, a węglarz ledwo stał na nogach, ale dzielnie odpowiadał na pytania ludzi :D
Kawałek dalej trafiłem na Cerkiew w Łopience w którym aktualnie trwał remont, na szczęście można było wejść do środka i zobaczyć jak pan pędzelkiem jeździ po obrazie. Obok Cerkwi pan sprzedawał książki, spisałem sobie tytuły książek (gdybym był samochodem to bym kupił :)) Teraz przez to mogę polecić książki Stanisława Krycińskiego. Ma serie o Bieszczadach z różnych jego regionów.
Kusiło mnie strasznie jechać na Łopiennik i na herbatę do bazy namiotowej, ale stwierdziłem, że odpuszczam, szczytów na tym wyjeździe nie będzie.
Wróciłem się pojechałem przez Buk do Cisnej i do Bacówki pod Honem. Słyszałem kiedyś o niej średnie opinie, ale odkąd zmienił się właściciel i bacówka przeszła remont komentarze się poprawiły. Ja wpadłem do bacówki, zostałem bardzo miło przywitany, bezpieczne miejsce na rower dostałem, pokój jak i jedzenie dobre.
Taki dzień można jak najbardziej zaliczyć na plus, a to jeszcze nie koniec.Czas na najlepsze. Tak właściwie to był jeden z głównym powodów mojego przyjazdu.
Koncert Starego Dobrego Małżeństwa. Nie ukrywam, że śpiew Krzysztofa Myszkowskiego wpada w moje ucho, dobrze się go słucha, wiele piosenek ma również świetnych. Ludzie w schronisku mi mówili, że zespół się zestarzał i nie ta energia co kiedyś. Pojechałem sprawdzić.
Z Bacówki ruszyłem na kolejkę do Cisnej. Przyjemnością było jechać rowerem bez bagażu. Jak kojarzycie wejście tam przy wejściu, są takie barierki, przerzuciłem rower na drugą stronę i przypiąłem. Ludzie się śmiali i mówili, że rower to był najlepszy pomysł. Byłem prawie godzinę przed koncertem, a już takie korki były, ludzie parkowali gdzie się dało. Ogólnie nie spodziewałem się takiego rozmachu. Punkty z jedzeniem, kawiarnia, sklep zespołu. Ceny dosyć wysokie xD Miałem miejsce poza namiotem, były 2 telebimy, wszędzie raczej piach. Usadziłem się dosyć blisko namiotu przy telebimie na tym piachu i twardej ziemi. Znałem w większości repertuar, byłem dobrze przygotowany. Koncert trwał od 20:00 do 23:00. A ja byłem wcześniej, więc siedziałem tam 4 godziny. Dupa mnie bolała, nie wiedziałem jak już siedzieć. Kurde, ale było warto. Wszystko co chciałem było zagrane. Dobrze kombinowali, dziadki się wymieniali na scenie :D Wiecie po takim świetnym bieszczadzkim dniu, za którym czekałem te wiele miesięcy, słuchając utworów np. SDM, takie dopełnienie to było coś pięknego. ("Bo jedno jest takie niebo Bieszczadzkie niebo sierpniowe.")
Tak grali, ja widzę tam siebie :D
Moje krótkie nagrania:
Koncert się skończył, było zimno, nie spieszyłem się, a ludzie zaczęli szybko uciekać. Zakorkowało się. Jak ja wsiadłem na rower i tam początek był z górki. Jeju jaka tam była prędkość między tymi ludźmi i samochodami. Każdego wyprzedzałem, taka adrenalina na dobranoc ;)

0 Komentarze